Chamy i Żydy: Anatomia cynizmu i narodziny mitu politycznego
W grudniu 1962 roku na łamach paryskiej „Kultury” ukazał się artykuł Witolda Jedlickiego zatytułowany „Chamy i Żydzi”. Tekst ten, analizujący zakulisowe walki o władzę w Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej wokół przełomowego roku 1956, wywołał wstrząs. Jedlicki dokonał rzeczy bezprecedensowej: odarł komunistyczne elity z ich oficjalnego, ideologicznego języka i opisał je za pomocą brutalnych, ulicznych wręcz pojęć, jakich sami dygnitarze używali w kuluarach. Esej ten stał się nie tylko genialną diagnozą kryzysu systemu totalitarnego, ale też uniwersalnym studium tego, jak wielka polityka potrafi instrumentalnie wykorzystywać najniższe społeczne resentymenty.
Aby zrozumieć fenomen tego podziału, należy cofnąć się do momentu, w którym system stalinowski w Polsce zaczął pękać. Śmierć Józefa Stalina (1953) oraz referat Nikity Chruszczowa (1956) zdemaskowały zbrodnie systemu i postawiły polskie kierownictwo partyjne w sytuacji śmiertelnego zagrożenia. Dotychczasowa elita, monolityczna i karna, rozpadła się na dwie zwalczające się frakcje, które w walce o polityczne przetrwanie i schedę po zmarłym Bolesławie Bierucie nie cofnęły się przed żadnym cynizmem.
Pierwszą grupę tworzyli tzw. „Puławianie”, przez przeciwników pogardliwie nazywani „Żydami”. Byli to w dużej mierze przedwojenni komuniści, ludzie o korzeniach inteligenckich, nierzadko pochodzenia żydowskiego, którzy w latach 40. i na początku 50. zajmowali kluczowe stanowiska w aparacie propagandy, bezpieczeństwa i kultury. To oni w ogromnym stopniu współtworzyli polski stalinizm. Gdy jednak wiatr historii zmienił kierunek, wykazali się niebywałym instynktem samozachowawczym. Jako pierwsi zaczęli domagać się „odwilży”, demokratyzacji, wolności słowa i rozliczenia „błędów i wypaczeń”. Jedlicki w swoim eseju nie miał dla nich litości – ich nagły liberalizm zdiagnozował nie jako moralne nawrócenie, ale jako ucieczkę do przodu. Prezentując się jako reformatorzy, „Puławianie” próbowali zrzucić z siebie odpowiedzialność za miniony terror i zachować realne wpływy.
Po drugiej stronie barykady stanęli „Natolińczycy”, ochrzczeni przez Jedlickiego mianem „Chamów”. Była to frakcja dogmatyczna, skupiająca działaczy o pochodzeniu robotniczo-chłopskim, często słabiej wykształconych, reprezentujących partyjne „doły” i prowincję. „Natolińczycy” nienawidzili wielkomiejskiej inteligencji i partyjnych salonów. Ich strategia na przejęcie władzy była równie cyniczna, co strategia rywali: postanowili uderzyć w najczulszy punkt „Puławian”. Zagrali kartą prymitywnego szowinizmu i antysemityzmu. Twierdzili, że to „obce elementy” i „kosmopolici” przynieśli do Polski krwawy stalinizm, a teraz prawdziwi, rdzenni polscy komuniści muszą oczyścić partię i państwo. Swoją żądzę władzy ubrali w szaty „narodowego komunizmu”.
Geniusz analizy Jedlickiego polegał na wykazaniu, że ten krwawy spór nie miał absolutnie nic wspólnego z walką o wartości czy dobro narodu. Ani „Żydzi” nie byli autentycznymi demokratami, ani „chamy” nie byli prawdziwymi obrońcami suwerenności czy uciśnionego ludu. Był to klasyczny, bezwzględny pojedynek gangów wewnątrz monopartyjnego systemu, w którym doktryna komunistyczna służyła już tylko za parawan. Obie strony posłużyły się etykietami jako narzędziem dehumanizacji i stygmatyzacji przeciwnika.
Co najgroźniejsze, konflikt ten – choć zrodzony na szczytach władzy – głęboko zainfekował polską przestrzeń społeczną. Choć w październiku 1956 roku władzę ostatecznie przejął Władysław Gomułka (lawirujący zresztą między obiema frakcjami), mechanizm stworzony przez „Natolińczyków” nie obumarł. Antysemityzm i antyintelektualizm, które wówczas przetestowano jako broń polityczną, zostały uśpione tylko na chwilę. Powróciły z podwójną siłą niewiele ponad dekadę później, podczas wydarzeń Marca 1968 roku. Wtedy to moczarowskie skrzydło PZPR, będące bezpośrednim spadkobiercą myśli natolińskiej, zrealizowało program „Chamów” w skali państwowej, doprowadzając do czystki i wygnania z Polski tysięcy obywateli pochodzenia żydowskiego.
Esej Witolda Jedlickiego wykracza jednak poza ramy historycznego reportażu z czasów PRL-u. Tytułowa opozycja stała się w polskim języku politycznym uniwersalną metaforą podziału, który w różnych mutacjach powraca w debacie publicznej do dziś. To archetypiczna opowieść o starciu „kosmopolitycznych, oderwanych od realiów elit” z „autentycznym, ludowym, ale podszytym ksenofobią i resentymentem tradycjonalizmem”.
Z perspektywy czasu „Żydzi i chamy” pozostają memento przed destrukcyjną siłą polaryzacji. Pokazują, jak łatwo w obliczu kryzysu moralnego i politycznego elity potrafią uruchomić demony uprzedzeń, byle tylko utrzymać się na powierzchni, i jak tragiczne konsekwencje ponosi za to całe społeczeństwo, dające się wciągnąć w cudzą, cyniczną grę.
